piątek, 21 sierpnia 2009
Case study: wybierz właściwą niszę i zajmij się handlem
Sklep internetowy to inwestycja na lata. Idealnie ujął to Krzysztof Bartnik, który napisał, że założenie sklepu internetowego to postawienie warzywniaka na środku pustyni. Potrzeba czasu, wytrwałości i pracy. Dzisiaj jednak przykład kiedy sklep internetowy może być spokojnym i pewnym biznesem. Trzy słowa klucze na dzisiaj: obsługa klienta, logistyka, właściwie dobrana nisza.

Mowa o Kokanie.pl - sklepie z prezerwatywami należącym do ESC Poland. Firma ta kojarzona jest przede wszystkim z... kontrowersyjnym (to chyba najłagodniejsze słowo) Kamilem Cebulskim. Niewielu jednak wie, że osobą odpowiedzialną za ten biznes i moim zdaniem decydującą o jego sukcesie jest jego wspólnik - Tomek Kapelak. Zanim jednak przejdziemy do sklepu parę słów o branży.

O branży...

Branża prezerwatyw w sieci jest w mojej opinii jedną z ciekawszych nisz. Na rynku funkcjonuje kilka e-sklepów, które handlują głównie prezerwatywami. Oprócz tego bezpośrednią konkurencję stanowią apteki internetowe i sex-shopy. Zdaniem Tomka nie są one jednak dużym zagrożeniem.

- Co do e-aptek i sexshopów, to oczywiście są one w jakimś sensie konkurencją. Jednak u nich prezerwatywy są produktem, który kupuje się przy okazji, jako dodatek do innych, bardziej eksponowanych rzeczy - tłumaczy.

Wielkość całego polskiego rynku prezerwatyw szacowana jest według Tomka na około 150 milionów złotych. Jednak przy dużej dostępności produktów poza siecią sprzedaży w internecie podlega już tylko ok. 1-2% z tej kwoty. Grupą docelową e-sklepów są osoby, które z różnych względów nie chcą kupować prezerwatyw w normalnym sklepie.

Dużych zalet należy upatrywać w prostym magazynowaniu - produktów jest niewiele, zajmują niewielką powierzchnię, wystarczy zadbać tylko o odpowiednią "głębokość" magazynu. Nie trudno więc realizować zamówienia od zaraz. Jeszcze większą zaletą jest wysoka powracalność klientów. Kokanie nie wysyła często newsletterów, nie kontaktuje się często z klientami. Pomimo tego oni wracają, bo są zadowoleni - dostają to co chcą na czas i dyskretnie.

Z kolei za wady branży można uznać niski koszyk (kilkadziesiąt złotych), czy też konieczność oferowania asortymentu dodatkowego, co Kokanie już od dawna robi. Z samych prezerwatyw trudno się utrzymać. Sklep został uruchomiony jako coś dodatkowego i w tej roli sprawdza się doskonale.

Kokanie.pl - przyczyny sukcesu

Jak wygląda Kokanie.pl każdy widzi. Sklep jest brzydki i nieużyteczny. Nic dziwnego - od swojego debiutu w 2005 roku nie zmienił się ani trochę. Zamiast optymalizować stronę produktu czy walczyć z opuszczonymi koszykami skupiono się po prostu na handlu:

a) pełny magazyn - zdecydowana większość zamówień realizowana jest od zaraz,
b) stałe marże - dużo uwagi przykłada się do utrzymania marż na stałym poziomie (ok. 30%) - na bieżąco śledzone są promocje wśród dostawców i w zależności od nich uzupełniany jest magazyn.

I to się niewątpliwie opłacało. Kokanie to największy sklep internetowy w tej branży. Miesięczna sprzedaż sięga kilkudziesięciu tysięcy złotych. Co na to wpłynęło?

1. Byli jednymi z pierwszych - zaczynali w 2005 roku, kiedy ta nisza była bardzo słabo zagospodarowana. Dłuższy okres działania to również czołowa pozycja w Google na główne hasło "prezerwatywy".

2. Byli innowacyjni. Kokanie.pl jako pierwszy sklep wprowadził dyskretną dostawę, co w tej branży ma ogromne znaczenie. Korzysta z niej aż 80% wszystkich klientów.

- Klienci kupują u nas głównie z poczucia wstydu przed pójściem do sklepu pod blokiem. My zapewniamy opcje dyskretnej sprzedaży. Polega to na tym, że prezerwatywy są owijane czarną, nieprześwitującą folią, a paczkę oznaczamy jakby pochodziła z księgarni internetowej czy sklepu komputerowego - wyjaśniał Tomek.

3. Byli odporni na humory Google'a. W tym celu firma stworzyła program partnerski (miałem okazję już o nim wspominać przy okazji innych sklepów). Sklepy partnerskie Kokanie potrafią generować całkiem pokaźny odsetek całej sprzedaży. Wiele zależy od pozycji w Google. Partnerzy mogą jednak liczyć na dodatkowe zakupy od aktualnych klientów, co motywuje ich do promowania programu.

Jak sobie wyobrażam Kokanie.pl za kilka lat? Pewnie tak samo. Z małą różnicą - większa baza klientów, więcej zamówień, większe zyski. Ciekawy przykład na to, że czasami nie trzeba wkładać specjalnie wiele wysiłku - wystarczy dać czas czasowi i skupić się na fundamentach biznesowych.

Myślę, że to dobry przykład na zmotywowanie wszystkich tych, którzy chcą założyć sklep internetowy jako dodatkowe źródło dochodu. Pamiętajcie jednak, że o ile w tym przypadku było to możliwe, to w innych branżach może okazać się mission impossible.

Jaki morał z tej historii? Prosty proces zamówienia nie zagwarantuje Ci sukcesu. Prędzej osiągniesz go dzięki dobrej obsłudze klienta, sprawnej logistyce, odrobinie innowacyjności i dobrze dobranej niszy. Prawda, że proste? ;-)

czwartek, 20 sierpnia 2009
E-commerce w Czechach - prawie jak w Polsce, ale...
Błażej pisał o e-biznesie w Rosji (polecam też bardzo ciekawe komentarze pod tekstem), a ja dzisiaj przekażę kilka informacji o Czechach. Miałem okazję przyjrzeć się czeskiemu e-commerce w ostatnich miesiącach i wygląda to całkiem fajnie.

Nawiązując do tytułu notki - "prawie jak w Polsce, ale...". Czesi kupują te same produkty co Polacy, płacę w ten sam sposób (ok. 70% to pobrania), wydają na zakupy w sieci mniej więcej tyle samo, rezygnują z zakupów z tych samych powodów co my, swoje sklepy internetowe promują w podobny co polscy e-biznesmeni. Co nas różni? Jest kilka różnic i to na nich chciałbym się skupić w tekście.

Zatem co warto wiedzieć chcąc inwestować w czeski e-commerce?

1. W Czechach mieszka ok. 10 milionów ludzi, z czego według różnych badań w sieci kupuje od 1,5 mln do 2 mln osób. Np. jedno z badań The Association for Electronic Commerce (APEK) wykazało, że zakupu kiedykolwiek dokonało już 2 miliony Czechów. Liczba kupujących (licząc jako procent populacji) jest w Czechach bardzo podobna do Polski. Według Komisji Europejskiej w roku 2008 w Czechach w sieci kupowało 13% Czechów, podczas gdy w Polsce 12% (pytanie było o odsetek osób, które zamówiły produkty dla własnego użytku w ciągu ostatnich 3 miesięcy).

2. W Czechach aukcje internetowe w zasadzie się nie liczą. Prosty wykres z badania Gemiusa sprzed dwóch lat:


(link: http://ecommerce.blox.pl/resource/3.jpg)

Z kolei biorąc pod uwagę dane z innego raportu i porównując to w jaki sposób Polacy i Czesi wyszukują produkty do kupienia w sieci, to o ile w Polsce aż 62% szuka ich na aukcjach, to w Czechach jest to już tylko 44%. Sprzedaż wygenerowana na czeskich platformach aukcyjnych w 2007 to około 250 mln złotych, czyli kilkanaście razy mniej niż w Polsce przy czym rynek czeski jest około 3 razy mniejszy od polskiego i jego wartość szacuje się na około 3,5 mld złotych (według
APEK). Myślę, że można śmiało napisać, że o ile w Polsce e-commerce to głównie aukcje, o tyle w Czechach podstawę tworzą sklepy internetowe.

Moim zdaniem to ogromna zaleta rynku czeskiego. Wystarczy wspomnieć np. ten tekst.

3. W Czechach Google ma pozycję dopiero nr 2. Liderem na rynku wyszukiwarek jest Seznam.cz. Udział rynkowy Seznam.cz to około 60% w stosunku do 30% dla Google.

Jak łatwo się domyślić daje to utrudnienie związane z promocją w obu wyszukiwarkach. W Polsce nie ma z tym problemu, bo jest Google i długo, długo nic. A Czesi lubią kupować z pomocą wyszukiwarek. Korzysta z nich blisko 90% kupujących w stosunku do niespełna 70% w Polsce.

4. Czesi są logistycznie sprawniejsi. Głównym dostarczycielem przesyłek w Czechach jest odpowiednik Poczty Polskiej - Ceska Posta. Wszystko wskazuje na to, że firma radzi sobie lepiej niż Poczta Polska. Z informacji znajdujących się w sklepach wynika, że paczki dostarczane są w około 2-3 dni. Możliwy jest również tracking przesyłek, co Poczta Polska ma wprowadzić dopiero w przyszłym roku. Klientom, którzy preferują szybszą dostawę zaleca się skorzystanie z firm kurierskich znanych także na naszym rynku jak np. GLS czy DHL.

O tym, że Polska jest mniej atrakcyjna pod względem logistyki niech świadczy przykład właściela sklepu Parfums.cz (w Polsce znany jako Iperfumy.pl), który w wywiadzie komentując biznes w Polsce narzeka głównie na Pocztę Polską. ;-)

5. Czesi są odważniejsi w podbijaniu Europy. Pewnie wynika to przede wszystkim z wielkości swojego rodzimego rynku. Czeskie sklepy chętnie inwestują na Węgrzech, Słowacji, w Bułgarii, Rumunii czy bardziej wymagających rynkach jak Niemcy. W Polsce mamy np. wspomniany Iperfumy.pl - interes, któremu chciałbym poświęcić osobną notkę. Mamy również
Mall.pl, czyli odpowiednik jednego z największych czeskich e-sklepów Mall.cz.

Jeśli chodzi o Polskę to niestety ale nie widać specjalnego zainteresowania obcymi rynkami. Monicca.com, o której pisałem odsyła do polskiej wersji Intymna.pl.

Kilka ciekawostek:

1. Największą czeską porównywarką jest Zbozi.cz należąca do Seznam. Według różnych szacunków (np. Netmonitor) już w 2008 roku korzystało z niej około 1,5 mln Czechów. Numer dwa to najprawdopodobniej Heureka.cz, czyli... czeskie Ceneo. :-) Szybkość z jaką udało się przebić Heurece do czołówki w Czechach może budzić respekt.

2. Niedawno w Czechach doszło do sporej fuzji dwóch sklepów internetowych - Kasa.cz i Obchodni-Dum.cz. Ich łączna sprzedaż w 2008 roku to około 350 mln złotych, czyli jakieś 10% całego czeskiego e-commerce.

3. Czesi wydają się być bardziej zorganizowani jako branża. Od 1998 funkcjonuje tam
The Association for Electronic Commerce, czyli mniej więcej coś takiego jak Grupa Robocza "E-commerce" powstała w Polsce w 2008 roku.

Inwestować - nie inwestować?

Na to pytanie musisz odpowiedzieć sobie sam. Moim zdaniem Czechy to dobre miejsce na początek dla wszystkich tych, którzy marzą o ekspansji na zagraniczne rynki. W wielu miejscach specyfika rynku jest bardzo podobna do tego, co mamy w Polsce. Biorąc jednak pod uwagę wielkość rynku, biznes w Czechach należy traktować raczej jako coś dodatkowego.

Masz jakieś doświadczenie z tym rynkiem? Daj znać w komentarzu!

p.s. Jeśli jesteś poważnie zainteresowany rynkiem czeskim odezwij się mailowo - może uda mi się przekazać więcej szczegółów.

p.s.2 Szukam chętnej osoby do napisania podobnego tekstu o rynku niemieckim. Może być anonimowo. :-)

niedziela, 09 sierpnia 2009
Płacę z Allegro - polski PayPal?
Pod koniec lipca Allegro wprowadziło nowy system płatności Płacę z Allegro. System zastępuje Płatności Allegro. Niby kolejna zmiana w obrębie Allegro, ale wydaje się, że dla polskiego e-commerce może mieć dużo większy wymiar. Warto się nad tym pochylić.

Płatności Allegro raczej nikt ze sprzedających nie lubił. Przy niskich marżach na Allegro kolejne prowizje na pewno nie mogły budzić entuzjazmu. Allegro zachęcało skutecznie sprzedawców do pozostania przy Płatnościach Allegro poprzez program Payback. Mogli w nim brać udział tylko ci sprzedawcy, którzy mieli uruchomioną Płatność Allegro na wszystkich aukcjach. Od 16 września Allegro rezygnuje z tej formy premiowania sprzedawców. Jak dotkliwą stratą jest to dla Super Sprzedawców może zobrazować przykład jednego z uczestników tegorocznego SGA. Podczas spotkania z pracownikami Allegro nakrzyczał na nich, że wcześniej pomimo wysokich opłat mógł raz na kilka miesięcy wymienić punkty na telewizor plazmowy. ;-)

Za nieco ponad miesiąc duzi sprzedawcy na Allegro o "darmowych" telewizorach plazmowych będą mogli zapomnieć. Allegro zmieniło o 180 stopni formułę Payback i zaczyna nagradzać punktami kupujących. Póki co każdy zakup niezależnie od formy płatności, w przyszłości pewnie zakupy opłacane Płacę z Allegro.

Zmiany na Payback nieprzypadkowo spotkały się z wymianą systemu płatności. Płacę z Allegro jest póki co całkowicie darmowe - dla kupujących i co ciekawe dla sprzedających. Nie ma żadnych prowizji, darmowe są również wypłaty. Pytanie jak długo?

Moim zdaniem Allegro uruchamiając Płacę z Allegro patrzy dalej niż na własne podwórko. Nie chodzi tylko o aukcje Allegro. Już teraz mówi się o innych serwisach Grupy Allegro (np. tych usługowych jak np. OtoMoto.pl). Myślę, że to pójdzie jeszcze dalej. Z Płacę z Allegro korzysta już np. onetowska Sympatia.pl.

Moim zdaniem cel jest jeden - rozpowszechnić Płacę z Allegro na Allegro i stopniowo podbijać polski e-commerce tym systemem płatności. Czyli mniej więcej coś w rodzaju polskiego Paypal. Dlatego też system jest póki co całkowicie darmowy. Tylko wtedy sprzedawcy będą zainteresowani jego uruchomieniem. Oczywiście w momencie rozpowszechnienia i zbudowania znanej marki należy oczekiwać (pewnie sporych) prowizji. Nie ma przecież darmowych obiadów. ;-)

To co moim zdaniem może zahamować rozwój systemu w ekspansji na kolejne sklepy jest jego nazwa. Jakoś trudno wyobrazić mi sobie np. Merlina, czy Agito, które wprowadzają do swojej oferty Płacę z Allegro. Być może jednak wszystko rozbije się o popularność systemu. Myślę, że kto jak kto, ale na polskim rynku Allegro ma największe szanse na podobną rewolucję. PayPal'owi będzie znacznie trudniej, Google też. To Allegro dla większości polskich internautów jest synonimem zakupów w internecie.

Może macie inną teorię? Dajcie znać w komentarzach!

p.s. Notka powstała na podstawie dyskusji na Flakerze.

niedziela, 02 sierpnia 2009
Czy w internecie sprzedawać jest łatwiej?
Tegoroczne Spotkanie Grupy Allegro, choć przygotowane z mniejszym rozmachem niż rok temu, było dla mnie ciekawe ze względu na panele dyskusyjne i prezentację Artura Waliszewskiego. Artur Waliszewski, który pracuje w Google jako Country Business Manager przygotował prezentację na temat trendów w polskim i światowym e-commerce.

Prezentacja odbyła się ponad miesiąc temu, więc nie pamiętam jej w szczegółach, ale to co najbardziej utkwiło mi w pamięci to pozytywny przekaz. Artur Waliszewski powołując się na dane eMarketera dowodził, że:

a) internet postrzegany jest jako miejsce, gdzie kupować można taniej,
b) internet w czasie recesji staje się coraz powszechniejszym miejscem do robienia zakupów - klienci chcąc dokonywać racjonalnych zakupów mogą w sieci wyszukiwać informacje o produktach, porównywać oferty etc.

Konkluzja Artura Waliszewskiego była taka, że pomimo niesprzyjającego okresu internetowe biznesy mają wciąż przyszłość przed sobą. Sprzedawcy mogli usłyszeć, że pomimo możliwych spadków sprzedaży aktualnie ten kanał sprzedaży nabiera coraz większego wymiaru. Na koniec Artur Waliszewski dodał, że generalnie w internecie sprzedawać jest łatwiej.

Czy na pewno w sieci sprzedawać jest łatwiej? Prezentacja była skierowana głównie do małych przedsiębiorców - super sprzedawców na Allegro czy też właścicieli niewielkich sklepów internetowych. Co jakiś czas piszą do mnie ludzie, którzy pewnie gdzieś tam siedzieli i słuchali tej prezentacji i pytają mnie czy tak naprawdę warto ten sklep internetowy zakładać. I szczerze mówiąc sam nie wiem co im odpowiadać.

Kilka ostatnich dni spędziłem nad polskim morzem. Mieszkałem w miejscowości, którą trudno uznać za kurort. Poza sezonem mieszka tam 500 osób. W sezonie jest jednak sporo urlopowiczów. Codziennie odwiedzałem pobliski sklep spożywczy. Sklep jak sklep - towar podawany przez sprzedawcę, jedno stanowisko kasjera. Na sklep zaadaptowano parter domu. Najbliższa konkurencja jakieś 500 metrów dalej. Interes zdecydowanie rodzinny - pracowały tam trzy pokolenia. To co można powiedzieć o tym sklepie, to długie kolejki każdego dnia.

Żeby zostać obsłużonym trzeba było czekać często kilkanaście minut. Klienci wracając z plaży tłumnie odwiedzali sklep w poszukiwaniu napojów czy jedzenia. Myślę, że dziennie sklep mógł realizować ok. 500-1000 transakcji przy średnim koszyku na poziomie kilkunastu złotych. To daje obrót około 250-500 tys. złotych miesięcznie w sezonie. Ceny oczywiście raczej wyższe niż niższe. Sklep działa od kilku miesięcy. Nie trudno obliczyć, że przy marżach 25-30% opisywana rodzina zarobi z nawiązką na cały rok poza sezonem prowadząc sklep dla mieszkańców miejscowości. Koszt uruchomienia tego sklepu to pewnie około 70 tys. złotych. W jego przypadku kluczowy czynnik sukcesu jest chyba tylko jeden - lokalizacja - w miejscu, gdzie wiele osób wraca z plaży do kwater, blisko ulicy, widoczny szyld, z dala od innych sklepów, zwłaszcza dyskontów czy hipermarketów. Pozostałe elementy biznesu takie same jak wszędzie.

Być może właściciele tego sklepu przed podjęciem decyzji o jego założeniu pomyśleliby tak jak wielu innych - "po co zakładać sklep w miejscowości, gdzie mieszka na co dzień 500 osób, załóżmy w internecie, będziemy sprzedawać 38 milionom Polaków". Abstrahując już od tego jak trudno w sieci sprzedawać artykuły spożywcze nawet gdyby zainwestowali te 70 tys. w inną branżę wcale nie byłoby łatwiej. Rynek nieporównywalnie większy, ale konkurencja również. Asortyment musi być większy, przez co logistyka znacznie trudniejsza. Promocja też trudna - te wszystkie wyszukiwarki, Adwords'y, porównywarki - o tym trzeba mieć pojęcie, a to nie jest takie proste i trudno wejść w ten biznes "z ulicy" bez potrzebnej wiedzy.
Marże niższe.

Inny przykład - apteki internetowe. Artur Kurasiński uruchomił swoją aptekę internetową ponad rok temu. Nie wiem jak mu idzie, ale jego największy konkurent - Domzdrowia.pl po ponad 5 latach działalności za 2008 rok ma blisko 800 tys. złotych strat. Coś tu jest nie tak... Jeśli Artur rzeczywiście wydał na swoją aptekę 200 tys. złotych, to w tej kwocie mógłby założyć niezłą, własną, zwykłą aptekę zatrudniając farmaceutów. Mógłby liczyć na obroty nieco ponad 100 tys. złotych miesięcznie, co przy średniej zyskowności 7% (uwaga! dane z 2001 roku) daje stabilny biznes na lata (w moim mieście jest kilkanaście aptek i nie słyszałem, żeby któraś z nich zbankrutowała w ostatnich latach).

Do czego zmierzam? Wielu przedsiębiorców porywa się z motyką na Słońce uruchamiając sklepy w internecie. Skuszeni niskimi barierami wejścia, niewielką inwestycją i "pracą w domu" szybko przekonują się jak trudno o kolejne zamówienia. Inni prowadzą swoje biznesy tak jak na SGA mówił Rafał Agnieszczak - wstawiają produkty do porównywarki ustalając minimalną marżę, a następnie wiszą na telefonie i pytają dostawców o dostępność towaru. Choć właściciel jednej apteki tradycyjnej czy jednego sklepu spożywczego milionerem nie zostanie raczej nigdy, to ma stabilny dochód. A o to przecież większości małych przedsiębiorców chodzi, prawda?
Jeśli chcesz założyć swój sklep w sieci pamiętaj, że to nie jest takie proste i przyjemne, jak wielu myśli. Może lepiej zostać przy spożywczaku? Jaka jest Wasza opinia?


poniedziałek, 20 lipca 2009
Ring wolny, czyli o webringach w sklepach internetowych
Od dobrych kilku miesięcy coraz głośniej o webringach w sklepach internetowych. Przyznam szczerze, że dość długo przymierzałem się do tego tekstu. W międzyczasie powstawały nowe ringi i aktualnie mamy już cztery rozwiązania. Myślę, że to dobry moment na małą analizę.

Przyglądam się webringom w zasadzie od początku, ale nigdy nie testowałem ich na sobie. Mam jednak całkiem dużo informacji od znajomych, którzy z nich korzystali lub korzystają. Całkiem sporo można też wyczytać na forach internetowych czy mikroblogach.

Podstawowe pytanie jakie sobie zadaje w kontekście webringów: czy to w ogóle ma sens? Czy jeśli szukasz dla dziecka zabawki w Toys4Boys.pl, to porzucisz ten sklep, żeby kupić opony w Opony.pl? Myślę, że zdecydowanie nie. Takie webringi miałyby dla mnie sens tylko w przypadku, kiedy poszukuję np. prezentu na urodziny. Wtedy będąc np. w perfumerii internetowej mogę być zainteresowany przejściem do sklepu z galanterią skórzaną itd. No ale takie sytuacje to tylko jakiś niewielki odsetek wszystkich transakcji.

W związku z tym ruch, jaki otrzymują sklepy jest zazwyczaj przypadkowy. Ktoś przypadkiem wszedł do jakiegoś sklepu i opuścił go przechodząc do innego. Czyli coś w stylu tańca odbijanego (praktykowany na weselach ;-)). Wynika to w dużej mierze z prostoty algorytmów. Te są jednak ulepszane i być może wpłyną na wyższą skuteczność tej formy promocji w przyszłości.

Co ciekawe, nawet jedna z osób współpracująca przy takim projekcie - Nikodem Krajewski z Promoring.pl - na forum Goldenline pisze, że "
równocześnie nie należy zapominać, że idea PromoRing bazuje na zbieraniu najmniej atrakcyjnego ruchu (tzw. ruch 'śmieciowego' czyli użytkowników, którzy znaleźli się w sklepie przypadkowo, nie mają potrzeby zakupu)."

Dalej jednak już trudno zgodzić mi się z Nikodemem, który uważa, że w takich webringach bardziej chodzi o "elementy wizerunkowe" i "strategiczne", które mają zapewnić sprzedaż w przyszłości. Problem w tym, że Promoring chce mieć w swojej bazie kilka tysięcy sklepów, a biznesów, które są w stanie przedkładać wizerunek nad sprzedaż w Polsce mamy może kilkadziesiąt. Nie wydaje mi się, żeby mała ikonka, czy przypadkowe wejście do jakiegoś sklepu dawało jakikolwiek trwały efekt budowania marki.

W każdym razie jest to w zasadzie darmowy ruch i warto spróbować pokusić się co najmniej o przetestowanie któregoś z rozwiązań.
Z jakich webringów możemy skorzystać (w kolejności chronologicznej):

1. Promoring.pl - najstarszy ring, największa baza sklepów (podobno już nawet 1200). Algorytm jeszcze kilka tygodni temu był zupełnie niezaawansowany. To jednak, pod wpływem konkurencji, ulega zmianom. Autorzy projektu nie chcą jednak zdradzać silnych stron algorytmu, co może oznaczać, że ich nie ma lub coś zupełnie odwrotnego. ;-) Mankamentem jaki dostrzegam jest to, że sklepy są dzielone na ringi m.in. według liczby odsłon. To często sprawia, że dla niektórych sklepów (zwłaszcza tych dużych) wyświetlają się wciąż te same sklepy. Być może lepszym rozwiązaniem byłoby skończenie z podziałem ze względu na odwiedzalność, bo kto powiedział, że będąc w dużym sklepie będę zainteresowany zakupami tylko w innych dużych sklepach? Gdyby dokonać innego podziału, to Promoring miałby szansę linkować wzajemnie z większym urozmaiceniem. Gołym okiem widać jednak, że projekt jest ciągle rozwijany - wprowadzono m.in. moderację sklepów (wcześniej zdarzały się wpadki, że sklepy promowały konkurencję). Aktualnie być może dużym krokiem do przodu okaże się przyporządkowanie sklepów do kategorii (np. kobiety, mężczyźni), co powinno pozwolić lepiej dopasowywać grupy docelowe. W informacji prasowej mowa również o dopasowaniu demograficznym, jednak bez jakichkolwiek szczegółów. Projekt chce zarabiać na pogrubieniu linków czy dodatkowej ikonce graficznej. Jeszcze do niedawna była to prowizja od sprzedaży, z której zrezygnowano (koronny dowód na niską skuteczność?).

2. Machnium.com - to rozwiązanie przygotowane przez Michała Kabzińskiego autora np. systemu statystyk - Alien-Stats. Machnium pomimo zdecydowanie mniejszej skali działania zdradza więcej ze swojego algorytmu. Machnium to system, który na bieżąco analizuje zachowania użytkowników m.in. to z jakiego typu sklepów jakie sklepy są najczęściej odwiedzane. To powinno w perspektywie kolejnych tygodni, a może miesięcy wypracować algorytm, który będzie w stanie skuteczniej prezentować sklepy partnerskie. System ma być również zintegrowany ze statystykami Alien-Stats. Aktualnie największym problemem w jego przypadku jest mała skala działania.

3. SymbioStream - projekt Piotra Jarosza ze Sklepy24.pl. Jak przyznał Piotr powstał ze względu na prośby właścicieli e-sklepów zrzeszonych w Sklepy24.pl. Założeniem systemu jest to, że ruch powinny przekazywać sobie tylko te sklepy, które są do siebie podobne pod względem grupy docelowej klientów, a nie poziomu odwiedzalności. Można powiedzieć, że jest to główny wyróżnik w stosunku do aktualnej wersji systemu Promoring. System podobnie jak Machnium.com stara się działać inteligentnie i uczyć się. W tym celu SymbioStream analizuje "konwersję", która w tym przypadku jest rozumiana jako "stosunek przejść do sklepu nie zakończonych odrzuceniem w pierwszym kroku w stosunku do ilości wyświetleń linku tego sklepu na stronie partnera." Można zatem przyjąć założenie, że docelowo promować będą się sklepy, które mają na siebie najlepszy "wpływ".

SymbioStream jest darmowy i powstał po to, aby promować niedawno uruchomioną wyszukiwarkę produktów Kangoo.pl, o której miałem okazję wspomnieć. Wyszukiwarka umieszczona w pasku ringa umożliwia przeszukiwanie produktów w obrębie sklepu. Piotr Jarosz wychodzi z założenia, że wiele sklepów ma kiepskie wyszukiwarki i to rozwiązanie ma być dla nich wartością dodaną.

4. Promolinkr.pl - uruchomiony w zasadzie parę dni temu, oferta bardzo przypomina Promoringa. Co ciekawe, kolejny projekt z Wrocławia (trzy z czterech ringów pochodzą z Wrocławia - macie tam jakieś nowe zagłębie?). Trudno mi cokolwiek napisać. Nie wróżę jednak sukcesu biorąc pod uwagę to, że jest już w zasadzie dwóch "dużych" konkurentów i trzeci o podobnej skali z prawdopodobnie dużo lepszym rozwiązaniem.

Podsumowując, jestem dość sceptycznie nastawiony do webringów. Myślę, że dopóki nie zostanie wypracowany naprawdę dobry algorytm, to one nie będą sprzedawać. Z moich obserwacji wynika, że kilka dużych i znanych mi sklepów po testach zrezygnowało z tych rozwiązań. Być może jednak trzeba jeszcze trochę poczekać i zacząć ponownie testować ulepszone rozwiązania.

Póki co autorom projektów (zwłaszcza Promoringa) zamiast pieniędzy z projektu pozostają maile do właścicieli sklepów, którym można zaproponować usługi lub produkty komplementarne. Nie trzeba będzie wtedy spamować e-sklepów, a mi jako właścicielowi e-sklepu zdarza się otrzymywać podobny spam nawet od znajomych firm...

Wiem, że wielu z Was testowało te rozwiązania. Dajcie znać w komentarzach o Waszych odczuciach. Zapraszam również do dyskusji właścicieli wymienionych platform. Tylko proszę bez agresji, jak to niektórzy z Was mają w zwyczaju. ;-)